Tragedia w Bhopalu, czyli jak zatruć półtoramilionowe miasto


Świat widział wiele ekologicznych katastrof. W erze wciąż postępującej industrializacji i rozwoju zdarzają się incydenty, które najzwyczajniej w świecie niszczą otoczenie. Najbardziej znanym w naszym kraju przykładem jest oczywiście Czarnobyl i dramatyczne wydarzenia z drugiej połowy lat 80. Jest jednak miejsce na Ziemi, które przebija naszych wschodnich sąsiadów pod praktycznie każdym względem poza popularnością.

Bhopal, Indie. Blisko dwumilionowe miasto w samym sercu Kraju Tygrysów niemal czterdzieści lat temu stało się ofiarą największej katastrofy w historii przemysłu. W wyniku wydostania się do atmosfery kilkudziesięciu ton mieszanki izocyjanianu metylu z nieznanym składnikiem śmierć niemal natychmiast poniosło około 4 tys. osób oraz 15–20 tys. później, przez powikłania związane z zatruciem. Według różnych szacunków liczba poszkodowanych waha się między 500–600 tys. osób.
Ale po kolei. Od czego zaczęło się nieszczęście? Przede wszystkim firma Union Carbide przez lata miała zaniedbywać kwestie bezpieczeństwa, a pojęcie BHP podobno tam nie istniało. Amerykańskie przedsiębiorstwo robiło absolutnie wszystko, aby ograniczyć wydatki, co koniec końców poskutkowało tym, że wiele wrażliwych elementów infrastruktury przemysłowej znajdowało się w opłakanym stanie. Jak nietrudno się domyślić, takie podejście przy kierowaniu firmą wytwarzającą pestycydy nie jest zbyt odpowiedzialne.
Izocyjanian metylu, używany w UC jako półprodukt, bardzo silnie reaguje z wodą. Szczególną ostrożność należy zachować podczas mycia przewodów prowadzących do zbiornika. Utrzymane w odpowiednim stanie zabezpieczenia są w stanie wyeliminować zagrożenie, ale, jak już wspomnieliśmy wcześniej, właściciele lubili na tym zaoszczędzić. Kiedy więc w godzinach popołudniowych 2 grudnia 1984 roku czyszczono rury i instalację otaczającą zbiornik, jeden z zaworów okazał się zawodny i przepuścił wodę (nie zastosowano zwyczajowego dodatkowego zabezpieczenia, które polegało na włożeniu za zawór specjalnej blachy mającej zatamować ewentualny przeciek). Izocyjanian niemal natychmiast rozpoczął reakcję, co szybko doprowadziło do znacznego podwyższenia ciśnienia. Ze względu na wadliwą aparaturę wyciek gazu dostrzeżono tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy w bezpośredniej okolicy zbiornika pracownicy zaczęli odczuwać pierwsze skutki zatrucia. Nie potraktowano ich jednak zbyt poważnie (małe wycieki regularnie zdarzały się w przeszłości) i po wykryciu źródła zdecydowano o zajęciu się tym problemem po… przerwie na herbatę.
Kiedy powrócono z owej przerwy, zawartość zbiornika osiągnęła masę krytyczną. Oto wypowiedź jednego z pracowników, który na chwilę przed rozszczelnieniem stał na dużej, betonowej płycie nad zbiornikami.
Pod płytą rozległ się potężny, niechlujny, wrzący dźwięk jak w kociołku. Cała płyta wibrowała (…) Gorąco biło jak z rozgrzanego pieca. Nie mogłem podejść bliżej niż na półtora metra.
Zaczął uciekać, a kiedy się odwrócił, zobaczył pęknięcia w betonowej konstrukcji. Następnie rozległ się syczący dźwięk, podobny do pary wydobywającej się z czajnika. Gaz wystrzelił ze zbiornika E610, uformował białą chmurę, która następnie poleciała prosto nad okoliczne osiedla, na tysiące śpiących ludzi.




Feralny zbiornik E610. Obecnie leży w zaroślach na terenie opuszczonej fabryki

W fabryce zapanowała panika. Pracownicy uciekali pod wiatr, aby oddalić się od toksycznej substancji. Nieliczni pracownicy pozostali na terenie zakładu założyli maski gazowe. Pomimo bezustannego wycieku, miernik ciśnienia w zbiorniku dalej wykraczał poza skalę. W ciągu pierwszej godziny do atmosfery uleciało około 30 ton zabójczej mieszanki. I, co szokujące, nie poinformowano o tym fakcie władz.
Tymczasem na ulicach Bhopanu rozpętało się piekło. Liczni mieszkańcy umierali we śnie, ale jeszcze więcej budziło się z okropnym kaszlem oraz oczami piekącymi tak bardzo, że w praktyce dopadała ich chwilowa ślepota. W końcu oddychanie stawało się niemożliwe, a ludzie czepiali się wszystkich środków, byle tylko uciec z miasta. Potężny tłum wpadł w panikę. Bardzo wiele osób ginęło pod nogami ludzkiej masy. W najgorszej sytuacji były dzieci: nie mogąc ani iść, ani oddychać, po prostu się dusiły. Lokalne szpitale były przepełnione, a lekarze nie mogli udzielić poszkodowanym pomocy, bo nie wiedzieli, czym tak naprawdę oni się zatruli. Szczególnie dramatyczna sytuacja rozgrywała się w otaczających zakłady slumsach, gdzie nie było nikogo, kto mógłby jakkolwiek zapanować nad ewakuacją.
Władze UC dalej nie informowały władz o wycieku. Kiedy policja dwukrotnie skontaktowała się z nimi po licznych zgłoszeniach od mieszkańców, funkcjonariusze usłyszeli odpowiedź, że wszystko jest w porządku. Dopiero za trzecim razem rozmówca przyznał, że nie wiedzą, co tak naprawdę się stało, po czym odłożył słuchawkę. Około godziny trzeciej przekazali także informację, że wycieki zostały zatkane, co było wierutną bzdurą — gaz przestał się wydzielać ze zbiornika, bo zdążył już niemal w całości ujść.
Okoliczne szpitale nie udźwignęły tak ogromnego ciężaru, który spadł na nie rankiem 3 grudnia. Zorganizowano więc dodatkowe, tymczasowe punkty zdrowotne, a całkowita liczba osób, którym udzielono pomocy zamknęła się w okolicach 200 tys. Okolica skażona gazem stała się w pewnej mierze jałowa, musiano także oczyścić ulice z ciał ludzi oraz zwierząt. Zabroniono również łowienia ryb, co spowodowało duże problemy z żywnością.
Łącznie na działanie gazu zostało wystawionych około 700 tys. osób, z czego, według szacunków indyjskiego rządu, 558 tys. doznało uszczerbku na zdrowiu. W grupie tej około 200 tys. to dzieci (<15 lat) i 3 tys. to ciężarne kobiety. Bezpośrednim następstwem katastrofy był wzrost poronień o 300% oraz śmierci łóżeczkowych o 200%. Całkowita liczba poszkodowanych do dzisiaj nie została dokładnie ustalona.

Obecny stan zakładu UC. Foto: India Today
Co dzisiaj znajduje się na terenie fabryki? Wszystko to, co zostawiono tam w latach 80., łącznie z chemikaliami. Do dnia dzisiejszego zbiorniki zawierają toksyczne substancje, które non stop zatruwają lokalne wody gruntowe. Miejscowe studnie wykazują skażenie przekraczające dopuszczane przez World Health Organization normy o 500 razy. Katastrofa w Bhopalu do dziś zbiera swoje żniwo — wskaźnik zachorowań na raka jest tu o wiele wyższy niż w pozostałych regionach Indii, średnio 1 na 25 osób rodzi się ze znacznymi wadami genetycznymi. UC tak naprawdę nigdy nie odpowiedziało za awarię. Ich obecny właściciel, Dow Chemical, uchybia się od dekontaminacji skażonego terenu tłumacząc to tym, że nie miał wpływu na działalność firmy przed jej nabyciem. Mało kto pamięta chyba o tym, że nabywając jakąś firmę staje się odpowiedzialnym także za jej dotychczasowe zobowiązania. W pewnym sensie więc katastrofa w Bhopalu też jest swego rodzaju cold case - sprawy sądowe toczą się dalej, ale szanse na to, że ktokolwiek zostanie pociągnięty do odpowiedzialności są bliskie zeru. 
Bhopal pokazuje to, jak wiele zachodnie firmy są w stanie zrobić, byle tylko obciąć koszty produkcji i maksymalizować zyski. Jest urzeczywistnieniem wszystkiego tego, co najgorsze w kapitalizmie — wyzysk ludzi z biedniejszych krajów i całkowity brak poszanowania dla ich życia. Biorąc pod uwagę fakt, że przez blisko czterdzieści lat lokalna społeczność nie doczekała się sprawiedliwości, raczej ciężko przypuszczać, że kiedykolwiek ulegnie to zmianie.

Komentarze