D.B. Cooper, czyli jak porwać samolot i nie dać się złapać
1971. Jest zimna, listopadowa noc. Trwa potężna ulewa połączona z bardzo silnym wiatrem. Gdzieś na południu stanu Waszyngton, nad Górami Kaskadowymi, z samolotu, który sam porwał, wyskakuje człowiek z torbą wypełnioną dolarami. I do dzisiaj nie wiemy, kim tak naprawdę był.
Na bilecie widniało nazwisko Dan Cooper, ale było oczywiście fałszywe. Jak dokonał porwania samolotu? Za pomocą bomby. Nie wiemy, czy faktycznie takową posiadał, bo walizka, w której miała być przechowywana, wyskoczyła razem z jej posiadaczem. To, co wiemy, to to, że mężczyzna posługujący się nazwiskiem Dan Cooper kupił bilet na samolot z Portland do Seattle (lot #305 linii Northwest Orient Airlines) – użył gotówki, a bilet był w jedną stronę. I to właśnie przy kasach NOA zaczyna się jedna z największych zagadek w historii FBI, sprawa, która odcisnęła swe piętno nie tylko na agencji i opinii publicznej, ale także, co bardzo istotne, na liniach lotniczych i standardach bezpieczeństwa.
Mężczyzna był średniego, oscylującego w okolicach 1,80m wzrostu. Nosił czarny, biznesowy garnitur z czarnym krawatem ze spinką oraz białą koszulą. W oczekiwaniu na wzniesienie zamówił bourbon z sodą. Krótko po wystartowaniu, kilka minut po godzinie 15:00, Cooper podał stewardessie karteczkę informującą, że w walizce ma bombę i użyje ją, jeśli uzna to za konieczne. Była tam też prośba, aby stewardessa usiadła obok niego. Uczyniła to.
Cooper przekazał swoje żądania – 200,000$ w nieoznakowanych, dwudziestodolarowych banknotach, oraz cztery spadochrony. Zagroził, że jeśli nie dostanie tego, czego chce na lotnisku w Seattle, zdetonuje ładunek. Pokazał jej także bombę, na którą miały składać się kable oraz przedmioty przypominające laski dynamitu. Stewardessa udała się do kapitana, który z kolei skontaktował się z obsługą naziemną. Sprawa natychmiast trafiła do FBI, które swoje działania rozpoczęło przed wylądowaniem Coopera w Seattle – stawką było życie 36 pasażerów oraz 5 członków załogi.
Po tym, jak dostarczono mu wymagane przedmioty oraz pieniądze, Cooper uwolnił 36 pasażerów oraz jedną ze stewardess. Po zatankowaniu samolotu nakazał pilotom obranie kursu na Mexico City, na wysokości około 3000 metrów oraz bez ciśnienia w kabinie – była to pierwsza przesłanka do tego, że porywacz prawdopodobnie będzie chciał opuścić samolot przed międzylądowaniem w Reno. Podejrzenia urzeczywistniły się, kiedy oddelegował jedyną stewardessę do kokpitu, po czym otworzył drzwi, opuścił schody ogonowe i wyskoczył w ciemności okalające stan Waszyngton.
![]() |
| Jeden z niewielu namacalnych śladów, który zostawił po sobie D.B. Cooper - krawat ze spinką (fot. FBI) |
I teraz zaczyna się najciekawsza część – człowiek po prostu się rozpłynął. Oczywiste jest, że nie miał żadnych wspólników, gdyż jakakolwiek próba “przejęcia” go po wylądowaniu nie mogła dojść do skutku przez fatalne warunki pogodowe, ukształtowanie terenu oraz porę dnia – w momencie jego skoku nie były widoczne jakiekolwiek światła z ziemi i Cooper leciał całkowicie po omacku, bez wiedzy o tym, gdzie przyziemi. Poszukiwania prowadzone na terenie około 30 mil kwadratowych położonych w obrębie przypuszczalnej strefy lądowania nie przyniosły jakiegokolwiek rezultatu – nie odnaleziono ani przedmiotów należących do Coopera, ani spadochronu, ani ciała porywacza – zniknął. W obliczu braku śladów na terenie potencjalnej strefy lądowania, FBI chwyciło się innego sposobu – usiłowało zlokalizować banknoty po ich numerach seryjnych (które co prawda nie były oznaczone, ale w znakomitej większości pochodziły od jednego emitenta – banku rezerw federalnych w San Francisco), najpierw wysyłając listy do instytucji bankowych (także poza granicami USA), po jakimś czasie także upubliczniając listy na łamach lokalnych dzienników. Pomimo wyznaczania nagród za dostarczenie jednego z banknotów, przełom w sprawie nie nastąpił.
Pierwszym śladem odnalezionym na ziemi była tabliczka pochodząca z Boeinga 727, który został porwany. Ów przedmiot zawierał instrukcję opuszczenia schodów rufowych, przez które wyskoczył Cooper. Odnalazł ją myśliwy w 1978 roku.
Następne, i prawdopodobnie najważniejsze znalezisko padło łupem… 8-latka. Brian Ingram odnalazł banknoty w kwocie około 5,800$ niedaleko miejscowości Vancouver w stanie Waszyngton. Pieniądze znajdowały się w wodzie, przez co ich stan uległ znacznej degradacji. Emerytowany agent FBI Ralph Himmelsbach stwierdził, że
Jakkolwiek się tam znalazły, musiały zostać umieszczone w tym miejscu co najmniej kilka lat po porwaniu. Gumowe opaski szybko niszczeją i nie byłyby w stanie utrzymać pieniędzy przez tak długi czas.
Według FBI pieniądze mogły się tam znaleźć w wyniku prac prowadzonych na rzece Kolumbia – pogłębiano ją. Agenci spekulowali, czy ciało Coopera ewentualnie także mogło spłynąć z pieniędzmi, ale odrzucono taką możliwość, uznając, że najpewniej zaklinowałoby się na którymś z odcinków rzeki, podczas gdy walizka z banknotami miała większe szanse na pokonanie tego dystansu.
![]() |
| Część banknotów odnalezionych przez Ingrama. Już jako dorosły mężczyzna znalazca sprzedał niektóre z nich na aukcji. |
I od tamtej pory cisza. W późniejszych latach jeden z rolników odnalazł na swoim polu spadochron, ale śledczy szybko ustalili, że nie mógł on zostać użyty przez Coopera, gdyż pochodził z czasów II wojny światowej i po prostu różnił się od tego, które dostarczono porywaczowi.
Hipotezy
FBI zakłada, że Cooper poniósł śmierć przy lądowaniu. Mocno poparte jest to faktem, że zdecydował się na skok przy tak niekorzystnych warunkach, co jasno wykluczało jego doświadczenie w spadochroniarstwie. Jak stwierdził agent specjalny Carr:
Na początku myśleliśmy, że ma on doświadczenie w skakaniu, może nawet był spadochroniarzem wojskowym. Po kilku latach jednak doszliśmy do wniosku, że to nie mogła być prawda. Żaden doświadczony spadochroniarz nie wyskoczyłby w całkowitym zaciemnieniu, ulewie, z potężnym wiatrem wiejącym w twarz, mając na sobie mokasyny i płaszcz. To po prostu zbyt ryzykowne. Nie zauważył też, że jego rezerwowy spadochron był tylko ćwiczebny i został zaszyty – a to na pewno sprawdziłby doświadczony skoczek.
Agent wspomina też o tym, że Cooper na pewno nie miał jakiejkolwiek pomocy.
Żeby móc skorzystać z pomocy wspólnika, Cooper musiałby blisko współpracować z załogą, aby móc wyskoczyć w odpowiednim momencie i wylądować w odpowiednim miejscu. Ale on powiedział tylko “Lećcie do Meksyku” i nie miał zielonego pojęcia o swoim położeniu w momencie skoku.
Dlaczego więc nie odnaleziono jego ciała ani jakichkolwiek przedmiotów należących do niego? Jak już wielokrotnie wspominałem, tego dnia panował bardzo mocny wiatr i jednoznacznie określenie miejsca lądowania Coopera jest po prostu niemożliwe. Nawet stosunkowo słaby podmuch mógł ponieść go daleko od strefy zakładanej przez FBI. Carr uważa, że Cooper prawdopodobnie nie dał nawet rady otworzyć swojego spadochronu. Dodatkowym argumentem przemawiającym za śmiercią D.B. (D.B. wzięło się od jednego z przesłuchiwanych podejrzanych – prasa to podłapała i tak już zostało) są wspomniane już znalezione pieniądze. Według FBI jest mało prawdopodobne, że porywacz pozostawiłby jakiekolwiek pieniądze biorąc pod uwagę to, jak wiele ryzykował.
FBI na samym początku ułożyło listę około 1000 podejrzanych, z których około 20 nie zostało nigdy oczyszczonych z podejrzeń. Wiele osób twierdzi, że porywaczem był Richard McCoy Jr., który kilka miesięcy po popisie Coopera powtórzył jego wyczyn, tym razem zabierając ze sobą jednak 500,000$. Uciekł w ten sam sposób, nawet model samolotu się zgadzał. Ostatecznie został zidentyfikowany na podstawie pozostawionych odcisków palców oraz pisma (instrukcje przekazane stewardessie w kopercie). Skazano go na 45 lat pozbawienia wolności, został zastrzelony przez policjanta kilka miesięcy po swojej ucieczce z więzienia. FBI wykluczyło go na podstawie portretu pamięciowego (agencja zarzeka się, że szkic w stu procentach odpowiada rzeczywistemu wyglądowi D.B.) oraz faktu, że dzień po wyczynie Coopera McCoy przebywał w domu i razem z rodziną obchodził Święto Dziękczynienia.
Kilku innych ważnych podejrzanych – jak Duane Weber – agencja wykluczyła na podstawie analizy DNA (pozyskano je z krawata pozostawionego przez Coopera). W 2016 roku zdecydowano się zawiesić śledztwo i sprawa pozostaje nierozwiązana do dzisiaj, chociaż oczywiście wiele osób twierdzi, że zna tożsamość Coopera. Pewna kobieta utrzymywała nawet, że odnalazła rannego porywacza dwa dni po jego skoku i zakochała się w nim.
Są sprawy, które pozostaną tajemnicze i po latach przeobrażą się w legendy. Nie zostaną nigdy rozwiązane, chyba, że ktoś przypomni sobie o dziwnym wujku, który chwalił się, że kiedyś skakał ze spadochronem i wygrał na loterii. D.B. Cooper to człowiek, który stoi za jedyną w historii USA nierozwiązaną sprawą porwania samolotu i jest swego rodzaju plamą na honorze nie tylko FBI, ale i całego amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Czy gdzieś tam, w stanie Waszyngton, znajdują się szczątki D.B. Coopera? Czy dalej towarzyszy im walizka? A może ten zuchwały porywacz zdołał zbiec, przebił się na południe i resztę życia spędził na meksykańskich plażach? Może któregoś dnia poznamy odpowiedzi na te pytania.
Artykuł oparty w całości o archiwa FBI, na które składają się akta sprawy, ale także wycinki prasowe i inne dokumenty pochodzące ze źródeł spoza agencji.



Komentarze
Prześlij komentarz